Love’Las Colfarm Półmaraton 2018 – WYNIKI

Już są! Można przeglądać, analizować, chwalić się lub wyciągać wnioski.
Dziękujemy, że tak licznie wzięliście udział w wydarzeniu, które przygotowywaliśmy przez cały rok 🙂 Cieszą nas te uśmiechnięte miny na mecie i ciepłe słowa. Obiecujemy również, że w następnej edycji dołożymy wszelkich starań, żeby było jeszcze lepiej.

>> WYNIKI <<

2. Mielecki Trail Duathlon – tym razem sukces organizacyjny!

Duathlon to trochę większe pod względem logistycznym przedsięwzięcie niż Półmaraton Love’Las 2018, którego drugą edycję przygotowujemy 24 listopada. Dwie trasy (rowerowa i biegowa), stojaki na rowery, kilka namiotów, strażacy z OSP do pomocy, ekipa Zabieganych mocno zmobilizowana. Nawet ci, którzy zdecydowali się wystartować też mocno zaangażowali się przygotowania. Trasę rowerową oznaczyliśmy w czwartek tak, aby Pracownia rowerów Filip Zaręba mógł ją przetestować w piątek i ewentualnie uzupełnić oznaczenia. Jak już wszystko co było potrzebne na sobotni finał kilkumiesięcznych przygotowań zostało zapakowane na Merca udostępnionego przez Papiernik – producent opakowań, można było puścić się w las z ekipą wariatów na oznaczania trasy biegowej. Rozwieszanie taśm, deptanie i przecieranie 5 km trasy zajęło nam prawie 2 godziny. Jak pisze Prezes – biegam często po mieleckich lasach, ale to co przygotował Szymon przerosło moje wyobrażenie. To są najbardziej bajeczne 5 km w tym lesie (tak mi się przynajmniej wydawało).
No i dzwoni budzik. Jest sobota, 5:45. Czas wstawać bo o 7:00 mamy już rozstawiać strefę startu, biuro zawodów, urządzić parking dla samochodów oraz park rowerowy, gdzie zawodnicy poustawiają swoje maszyny. 6:30 drukujemy jeszcze dodatkowe listy startowe dla spikera (Filip – świetna robota, masz gadane chłopaku). Na parkingu leśnym jesteśmy parę minut przed 7:00. Czeka na nas mama Liliany z ciastem. Pyszne było. Na środku parkingu stoi auto z przyczepą campingową. Okazuje się, że to jeden z zawodników – jest z Poznania!! Wariat. W ciągu godzinki jesteśmy gotowi z wszystkim. Strażacy z OSP bardzo nam pomogli za co wielkie dzięki Panowie. Pierwsi zawodnicy już się meldują w biurze zawodów, jest wesoło, Filip rozstawił swój warsztat i pomaga uczestnikom wyregulować rowery. Za chwilę odprawa, rozgrzewka i o 10:30 zawodnicy ruszają na 5 kilometrów trasy, którą znaczyliśmy w piątkowy wieczór. Ależ gorąco, słońce postanowiło dołożyć od siebie utrudnienie i niemiłosiernie przygrzewa. Mniej więcej w połowie odcinka ustawili się strażacy i polewają zawodników chłodną wodą prosto z węża   Przez strefę zmian przebiegają kolejni zawodnicy, ciągle coś się dzieje. Fajnie tak. Zupełnie inaczej niż gdy puszczamy zawodników w las na 21 km. Wtedy widzimy ich na starcie, a potem około 90-100 minut ciszy dopóki na mecie zaczynają pojawiać się pierwsi zawodnicy. W Duathlonie przez strefę zmian wszyscy przewinęli się 4 razy. Prawie wszyscy bo niestety jednemu z zawodników przytrafił się wypadek i musiał stawić się na pogotowi. Łukasz czuje się świetnie, skończyło się na otarciach i stłuczeniach. Wracaj do zdrowia, pełnej sprawności i widzimy się za rok na III Duathlonie. Na mecie meldują się wszyscy pozostali zawodnicy. Ostro przeczołgani zachwycają się mocno technicznie wymagającą trasą. Ta rowerowa była przepiękna. Jeszcze raz brawo Biesiadka Trails Mielec za pomysłowość oraz dzięki za zgodę na poprowadzenie Duathlonu Waszymi ścieżkami.
Medale wręczone, żurek od Dom Dziecka Skopanie zjedzony, kiełbaski również, czas więc się składać, sprzątać po sobie i przed nami jeszcze połowa soboty. Wieczorem chwila relaksu przy kufelku, pizza w Vino Rosso(oj jaka jest nieziemsko fenomenalna) i zmęczeni wracamy do domu. Nie mamy sił na koncert Organka, który właśnie się zaczyna na Dniach Mielca. Trzeba złapać trochę snu bo rano w niedzielę zdejmowanie oznaczeń z tras.
Niedziela 8:00 stawiamy się w miejscu skąd w sobotę startowali zawodnicy. uzbrojeni w worki na śmieci w wesołych nastrojach sprzątamy nasz ukochany las. Oprócz naszych taśm z lasu wynosimy jeszcze dwa wielkie worki śmieci. Zawodnicy spisali się na medal. To co znaleźliśmy to nie były biegowe śmieci. Posprzątaliśmy trasę biegową, a rowerową zostawiamy dla kolejnej ekipy. Nie przepuścimy jednak okazji sprawdzenia tych 15 kilometrów, więc po spacerku czas na bieganie. Oj jaką mieliśmy frajdę tuptając tymi krętymi ścieżkami, którymi dzień wcześniej śmigali na rowerach. W lesie mijamy się z autorami tych atrakcji. Panowie zasuwali „na łeb na szyję”, ale zdążyli nas poznać, uśmiechnąć się i rzucić miłym „cześć, miłej niedzieli”. Bardzo pozytywnie zmęczeni zaliczyliśmy tę trasę i jesteśmy przekonani, że będziemy na nią wracać.
Szczerze mówiąc mieliśmy wiele obiekcji przygotowując tę drugą edycję. Pierwsza nam trochę nie wyszła, ale wyciągnęliśmy wnioski i chcieliśmy aby druga była doskonała. Myślimy, że dało się zrobić to jeszcze lepiej, ale bardzo nas cieszy fakt, że chyba wszyscy zawodnicy którzy wpadali na metę byli uśmiechnięci i bardzo pozytywnie zaskoczeni trasami które przygotowaliśmy. Mieliśmy nie robić trzeciej edycji, ale… 🙂 Jak emocje opadną to zabieramy się za Półmaraton Love’Las i kto wie, być może za Duathlon 2019.

Dziękujemy, że wzięliście udział w tym wydarzeniu!

Kochanie, to dla Ciebie na urodziny…

To było w lutym. Pakiet startowy na Bojko Trail. Ukraina – pierwsza edycja biegu organizowanego przez ludzi od Ultra Janosika, którego biegamy zimą od kilku lat. Aż podskoczyłem z radości bo kilka razy mi się już przez ekran przewinęły informacje o tej imprezie. To był pakiet na bieg na dystansie 40 km… Kurcze, paszport stracił ważność. I już schody.

…a trzeba było wtedy odpuścić, zrzucić na urzędników, że się nie wyrobili, że za długo i niestety, ale bez paszportu przecież nie pojedziesz, nie męczył byś się tak teraz, aleś jest głupi!

I ruszyła maszyna organizacyjna bo to przecież nie jest jakiś wypad na kilka godzin biegania, a jazda na cały weekend. Żdeniewo na Ukrainie to malutka wioska, do której na jeden weekend zjedzie się kilkuset biegowych wariatów, kolejne kilkadziesiąt (a może kilkaset) osób z obsługi/wolontariuszy i kibice. Mam ten komfort, że nie muszę się martwić o sprawy organizacyjne bo mam najlepszą kierowniczkę techniczną na świecie. „Kochanie, hotel zarezerwowany, będziemy mieszkać 200 m od biura zawodów, startu i mety. W hotelu mamy pełne wyżywienie, basen saunę i inne takie. Jak przybiegniesz to będzie jeszcze czas na relaks.”

…a trzeba było się nie przepisywać na 80 km tylko spokojnie pospać do 9.00 i wystartować o 10.00 na te 40 z pakietu urodzinowego. Już byś teraz wygrzewał kości w saunie i popijał lokalne specjały… aleś Ty głupi!

Jest Paweł! No to się pakujemy. Z kolegą z internetowej grupy wsparcia zabraliśmy się do Przemyśla, gdzie organizator zapewnił nam parking i transport autokarami do Żdeniewa.

…Patrz, on ma takie sandałki jak Gniewko, i nawet wygląda jak Gniewko. – Gniewko ode mnie odgapił te sandałki.

Fajnie się zaczyna, świetni ludzie, sprawdzanie listy obecności. Jeszcze nie ruszyliśmy, a już jest wesoło (to chyba jakaś stresowa reakcja obronna, wyparcie tego co nas czeka następnego dnia).

Na granicę dotarliśmy ekspresowo. Lewym pasem mijając długi ogonek oczekujących na odprawę samochodów przejechaliśmy przez Polską granicę i tu się zaczęło. Pamiętam jak 30 lat temu z rodzicami jeździliśmy do Bułgarii na wczasy – tym samym przejściem granicznym. Mam wrażenie, że nic się nie zmieniło… Nie ma sensu komentować bo to tekst o bieganiu, a nie o ukraińskich celnikach.

…a trzeba było odpyskować coś tej celniczce to może by zatrzymała autobus na 48h na granicy i teraz byś się tak nie męczył głupku…

Nasze Bieszczady są piękne i ilekroć się w nie wypuszczamy to się nimi zachwycamy. Te ukraińskie mają wszystkiego więcej. Jest ich więcej, są wyższe i mają więcej kolorów i są przepiękne. I jutro będziemy po nich biegać…

Na miejsce dotarliśmy z przygodami na godzinę przed planowanym zamknięciem biura zawodów. Odebraliśmy pakiety (pierwsza znajoma buzia z czerwoną szminką – Ania z Mam Wybiegane). Teraz szybko ogarnąć przepak, o 23.00 na odprawę, zjeść śniadanie przed snem bo później nie będzie czasu (przypomina się scena z kultowego polskiego filmu) i może uda się złapać trochę snu przed startem. Wszystko poszło zgodnie z planem i przed północą już grzecznie drzemaliśmy.

2:00 budzik – szlak! No to się zaczyna. Ogarniamy się z Pawłem, na dowidzenia buziak i kopniak od kierowniczki technicznej i idziemy. A można było polecieć te 40 to byśmy sobie jeszcze słodko spali.
2:45 – Cześć Rysiu! Krzyczy Janek z Kolbuszowej. Nawet Krokodylki dotarły na Ukrainę! Ale super! Gdzieś tu powinien być też Michał Weź Rusz Tyłek. Siedzi w Żdeniewie już kilka dni, znaczył trasę i straszył błotkiem. Jest i Seba z Dzikich Mustangów! Same wariaty! Super!


3:00 – trzy, dwa, jeden, START. Polecieliśmy delikatnie pierwsze kilometry po pseudoasfalcie, potem wąskie gardło przez mostek i w górę. Rysiek, damy radę? Paweł, patrzyłem na profil trasy. Wygląda na łatwiejszy niż na Rzeźniku, a jest trzy godziny dłuższy limit czasowy. Myślę, że spokojnie damy radę

…się kurna naucz patrzeć na profile, łatwiej niż na Rzeźniku, hahah głupi jesteś, przepisałeś się to teraz zapierdzielaj pod tę górkę i nie marudź…

W ciemności mrugają światełka, mijamy kolejne szarfy, współbiegacze tasują się, jedni się ubierają, inny rozbierają, rozkładają kije, składają kije. Truchtamy pod górkę. No i Pikuj… Przede mną poznany w autobusie Grzesiek/Paweł (już nie pamiętam które imię na numerze startowym miał przekreślone). Mówił coś o tym, że biega w butach inov8. No ładne, takie czerwone, ślicznie pasują do tych białych wysokich skarpet. Mogę im się dokładnie przyglądnąć bo mam je przed oczami! Chłopak jest jakiś metr przede mną, a jego buty są na wysokości moich oczu! I tak wspinaliśmy się jakieś 3 kilometry. Na rozgrzewkę mamy najwyższy szczyt Bieszczadów – 1408 m n.p.m. Podobno są z niego piękne widoki. Podobno, bo jak dotarliśmy na górę to pizgało wiatrem tak, że nawet Paweł, który jest z Kielc czuł się niekomfortowo. Na szczycie selfiaczek z figurką i lecimy dalej bo limity czasowe gonią.

Mamy w nogach 10 km, a pierwszy punkt kontrolny jest na 22 km na połoninie. Się napijemy, ugryziemy coś i polecimy dalej. Troszeczkę się pogubiliśmy, ale na szczęście miałem wgranego tracka w zegarek, więc szybko wróciliśmy na szlak. Niestety włączyło się „niechcemisię”. Te teksty kursywą pisane, to mój mózg wkurzony i wyśmiewający mnie na trasie w ciężkich chwilach.

… spokojnie, w Roztokach na punkcie możesz zejść z trasy i nie męczyć się To już i tak 40 km czyli to na co się pisałeś i to na ile Cię teraz stać. Po cholerę w ogóle tu przyjeżdżałeś miesiąc po Rzeźniku z którym sobie nie poradziłeś. Głupiś jest, nie dasz rady…

Pokonywanie kolejnych kilometrów było mordęgą. Wiatr chciał nas pozrzucać z grani, z której widok był tak niesamowity, że mimo paskudnych warunków co chwilę ktoś z nas się zatrzymywał, żeby zrobić zdjęcie albo choćby popatrzeć na to przez chwilę. Było pięknie, było przeraźliwie, było słonecznie, było bardzo wietrznie. Brakowało tylko deszczu, który pewnie by lał dokładnie w poziomie i oczywiście prosto w pysk! Paweł zniknął mi gdzieś z przodu, lecę za kimś w niebieskich kompresach. Dobre tempo i nawet można sobie poskakać po tych skałkach. Kurde te buty od Flekmusa są niesamowite. Może nawet uda mi się w nich przebiec całość nie zmieniając na Speedcrossy, które czekają w przepaku. O, jest Żurawka. Na grani przede mną pojawiło się kilka namiotów. Jest woda i pomarańcze i banany i Paweł też jest. Fajnie, że chwilkę zaczekał. Uzupełniamy płyny w bukłakach i bidonach, zgarniamy jeszcze Sebę i lecimy dalej. 22 km w nogach. Teraz będzie raczej w dół. Następny punkt kontrolny w Roztoce. To będzie około 38 km. Po drodze odzywa się boląca noga.

…zamiast siedzieć na dupie i biegać czasem po płaskim to nosi Cię po górach. Tejpy ładnie wyglądają i może coś pomagają, ale nie powinieneś przeginać z tym bieganiem. Głupi jesteś!

Paweł, jeśli mi ten ketonal nie pomoże, to nie nabiegam się dzisiaj. Łykam pierwszą tabletkę. Tak, wiem, to nie jest mądre. Uśmierzać ból jak organizm sygnalizuje, że coś jest nie tak? Akurat w tym przypadku akceptowalne. Mija 15, 30 minut i kolanko boli na zbiegach i nie ma frajdy. Mimo zabiegów i plastrów naklejonych przez Grzegorza trzeba uważać, a tu ciągle w dół i to tak konkretnie. Punkt kontrolny powinien być już lada chwila. Po drodze mijamy Sebę, który jednak podejmuje decyzję, że nie ogarnie dzisiaj tych 120 kilometrów. Noga nie pozwala. Przykro mi okropnie bo wiem co chłopak czuje.  Jest cmentarz, jest strumyk, jest droga z pseudoasfaltem. Przyłącza się do nas Piotrek z Olsztyna. Pogadaliśmy o Stali Mielec, żeby zabić trochę czas (kurde dumny jestem, że jestem spikerem na tym stadionie). O, jakiś motocykl jedzie, ale śmierdzi, na czym on jeździ?? O, turystki jakieś, faaaaajne hi hi. Może już by było na tyle tej górki? Pobiegał bym coś, a taki jeden mówi, że pod górkę się nie biega, a się słucham doświadczonych. Gdzie to jedzenie! Już 40 km, a punktu nie widać! Ultra biega się głową, a nie nogami. Tak tak, to głowa ma dobrze pracować i to z głową trzeba sobie radzić. Trzeba pamiętać o piciu co chwilkę, o jedzeniu i tylu różnych innych sprawach niż poruszanie nogami lewa prawa lewa prawa…

…przynajmniej nie zapomniałeś tym razem o viscoplaście matole. Nie będziesz cierpiał pod prysznicem jak już Cię z punktu zwiozą bo przecież nie dobiegniesz tego dzisiaj…

Jest Roztoka! Są nasi! Polscy ratownicy. Dzień dobry, czuję się świetnie i nie będziemy dzisiaj raczej się już widzieć. O! Mirmił! Mielec na Ukrainie! Jak ja się cieszę! Znajome, swojskie buzie na punkcie kontrolnym. Ten wredak założył się z Martą (gratulacje, śliczny pierścionek), że nie dobiegnę do mety. O stówę się założył! Czekaj kurna ja Ci pokażę! Paweł! Uzupełniamy płyny i lecimy. Jeszcze tylko herbatka z prądem i mogę się zmierzyć z tym co przed nami. A przed nami Ostra Hora (1405 m n.p.m.) 800 m w górę na 4 kilometrach! Będzie wpierdziel! Na szczęście za około 10 km mamy kolejny punkt kontrolny. Limit goni, ale wszystko wydaje się być pod kontrolą. Chyba nawet przestała mnie wreszcie boleć noga, więc pełni nadziei na ukończenie tej mordęgi opuszczamy Roztoki.

Ale tu jest pięknie. Po jagody nawet nie trzeba się schylać. Z lasu wypada Daniel. Ej, odwalcie się od moich jagód! Kto Wam pozwolił! Biegać, a nie żreć! Przed Wami jakieś 4,5 kilometra. Dwa trawersiki, a potem ostro w dół i trochę łagodnego w dół. Dwa trawersiki… Trzeba było odnieść te trawersiki do nazwiska tego Daniela 😛 Było ich chyba z sześć, a potem po drodze na dół przełączyło się we mnie coś. Jakby mi ktoś podpiął drugi akumulator. Nie powiem, że była petarda i biegłem szybciej i szybciej. Po prostu wystarczyło, że biegłem i sprawiało mi to radochę. NARESZCIE! Tylko dlaczego tak późno.

…szlak! Wygląda na to, że jednak dobiegniesz, ale i tak jesteś głupi! Normalni ludzie nie biegają tylu kilometrów.

Plany był taki, żeby dobiec do Perełuki na 50 kilometrze, gdzie wbiegało się na dwudziestokilometrową pętlę i na nią nie wbiegać, tylko polecieć w dół te ostatnie 10 kilometrów. Taki plan w głowie układał mi mój wredny mózg. Zaczął od 15 kilometra i znęcał się nade mną aż do Roztoki. Powiedziałem sobie, że przepisałem się na te 80 km bo przegrałem ze sobą na Rzeźniku, a na 2018 rok plan był taki, żeby zrobić 80 km. Skończ to dzisiaj Rysiek i nie zapisuj się już więcej na nic dłuższego niż 20-30 km. Przecież później to już nie jest nawet przyjemne. Bolące nogi, odciski na stopach, poszarpane ciuchy, brudne buty, przetarte brodawki, wyschnięte przez kilka kolejnych dni usta, rozstrojony żołądek, mega zakwasy i chodzenie po schodach tyłem. Skończ to dzisiaj bo sobie nie wybaczysz, że znów odpuściłeś.

Jest Perełuka. Jest pomarańczowy namiot. Wybiegamy z lasu i słyszymy dźwięk dzwonka i krzyki „Rysieeeeeek, dawaj dawaj Prezes”. Zabiegani Mielec na Ukrainie na punkcie kontrolnym!! Uwielbiam tych ludzi!! Oni też dostali niezły wpierdziel pomagając tym setkom biegaczy, którzy w tym miejscu byli po dwa, a niektórzy nawet trzy razy. Dzięki temu jesienią na Półmaratonie Love’Las, który organizujemy będzie jeszcze lepiej. Zbieramy doświadczenie!

Jest przepak. Zmieniać buty? Nie ma mojego worka? Przecież dawałem zaraz po Pawle, a jego worek jest. Na szczęście koszulka Zabieganych prześwitywała przez worek i szybko udało się go znaleźć. Ktoś napisał na nim zły numer, a ja nie sprawdziłem (kolejna nauczka na przyszłość). Wyrzucam z plecaka śmieci i pakuje do niego całe jedzenie jakie mam w przepaku. Żele SiS (nie wiem co oni do nich ładują ale niosły mnie niemiłosiernie i pyszne są), szoty magnezowe (ani jednego skurczu nie miałem przez całe 80 km), i żelki! Uwielbiam żelki! Alejkę z żelkami w Lidlu omijam szerokim łukiem bo to jest jedyna rzecz, przed którą nie jestem w stanie się powstrzymać. Kiedyś doszedłem do wniosku, że chyba dlatego biegam, żeby móc jeść żelki bo jem je tylko na zawodach. Próbowaliście kiedyś zalać żelki bimberkiem? OK. jeszcze przemyję twarz i ręce (kurcze, ale mam soli za uszami). Lecimy bo Paweł już gotowy i popędza mnie. Jeszcze „tylko” 30 km i mamy sporo czasu. Przed nami jednak Ściana Płaczu…

Pętelka 20 kilometrowa zaczęła się bardzo sympatycznie. Droga lekko nachylona w dół i tak przez około 5 km. W sumie mogliśmy tam sporo nadrobić, ale przecież jeszcze dostaniemy ostro w kość, więc ostrożnie rozkładamy siły. Jest wodospad.

… pięknie tu, zostańmy, popływajmy, schłodzisz sobie ten głupi łeb i ktoś niech po nas tu przyjedzie.

SMS – dostałam sms z meldunkiem. Śledzę wyniki – wrzucają w Internet, więc widzę jak się meldujecie na punktach. Kocham Cię i ściskam.
Kolejny SMS – Renata, Ola, Madka, Bonku z Adą, Twój Fifi i Dzidzia przekazują moc. Przesyłam im na bieżąco info bo dopytują o Was.
To było jak petarda, jak baton energetyczny z dodatkową kofeiną. Nie wyobrażam sobie jechać na zawody bez tego wsparcia. Już wiele razy tego typu wiadomości, krótkie rozmowy telefoniczne pchnęły mnie do przodu z miejsca, z którego nie byłem się wstanie ruszyć.

Gdzie ta Ściana Płaczu? Hmm pewnie gdzieś w tych krzakach. Przedzieraliśmy się wąską ścieżką po skałach i korzeniach. Na czworaka pełzając między powalonymi drzewami i nagle wstążka po lewej, a kolejna kilka metrów wyżej na niemalże pionowej ścianie.

Mhmm to chyba to. 300-400 metrów pod górę. W sumie ten kilometr zajął nam prawie godzinę, ale na końcu się lekko biegło. Nogi same już niosły. Sporo płaskiego lub delikatnie pofalowanego szlaku. Do końca pętelki tylko 5 km i ciągle w dół. Właśnie łamię swój najdłuższy życiowy dystans z pechowego Rzeźnika (67 km). Zemściłem się! Jak mnie wylosują to pojadę do tej Cisnej w 2019 roku i rozwalę tę trasę i wpadnę na metę pod limitem!

… ej miałeś już nie biegać dłuższych niż 20-30 km. Ty serio jesteś głupi!

Widać znów ten pomarańczowy namiot. Na drzewie kartka z logo Bojko i jednym z tekstów które pisała Ania – rozbawiały mnie przez całą trasę – Głodny? Risotto czy barszczyk? Jest Łukasz, jest Iwona i Borówa. Jak ja się cieszę, że to już koniec. Jeszcze tylko 10 km. O, Michał! nie leż! Biegnij! Mam czas – mówi Michał. Jeszcze tylko 10 km i koniec i zimne piwko i ten najcięższy w mojej kolekcji medal. Wypocony, wybiegany i wymęczony.

Lecimy! Może uda się nie wyciągać czołówek. Może jeszcze będzie jasno. Mija nas wolontariuszka wracająca na punkt. Ależ ona zapierdziela pod górę!! Macie jeszcze jakieś 45 minut w dół lasem po błotku, a potem 3,5 kilometra asfaltem do mety. Asfaltem? Bleeeee, nie lubię asfaltem… Na asfalcie łapiemy oddech.

Z przeciwka jedzie jakiś srebrny dostawczy Mercedes. Powolutku kluczy między dziurami w pseudoasfalcie. O, ma polskie blachy. O! mieleckie! RMI! Macham nie widząc jeszcze kto tam w środku jest! Przecież mam na koszulce napisane MIELEC to pewnie poznają. Zatrzymuje się, wyskakuje z niego Mirmił i z uśmiechem do mnie: dawaj stówę! Na pewno zszedłeś z trasy! Wygrałem! Ja: a dupa! Przegrałeś! Mam do mety 2 kilometry i właśnie kończę tę masakrę! Wracam z tarczą! Mirmił: szlak! Ale się cieszę! Lecisz dalej!

Jakiś Ukrainiec idzie z butelką szampana – Gratulacje! Chce nas nim oblać, ale nie pozwalamy jeszcze. Jeszcze nie skończyliśmy. Kurna, gdzie jest ta meta! Ileż jeszcze tego asfaltu! Dlaczego jeszcze nic nie słychać! JEST! Biegniemy, żeby siary nie było. Na mecie są wszyscy! Teraz siedzę i pisząc to mam ciarki i łzy pchają się do oczu. To był piękny widok na który czekałem 18 godzin i 40 minut!!

Sławek – główny organizator: skakać na mecie Ci się zachciało? Za krótki bieg chyba wybrałeś. Obok wbiega na metę gość z dystansu 120 km. Do pełnego sukcesu musi jeszcze zaliczyć test Bojko – bimber i pasiorem na dupsko. Teraz z dumą może założyć ten pas, który ja będę zakładał za rok… Czas na świętowanie.

Jagódka – dziękuję Ci za ten prezent, ale następnym razem może jeśli pakiet startowy to na dyszkę co? (nie słuchaj go, to pisał mój wredny mózg co nie lubi biegać). Bez Ciebie by mnie tam nie było

Paweł – jesteś fantastycznym partnerem biegowym. Dziękuję za te wspólne ponad 80 kilometrów.

Zabiegani (zwłaszcza Łukasz, Iwona i Paulina bo byliście tam na miejscu) – dziękuję, że jesteście bo w grupie siła i dajecie mi niesamowitego kopa do kolejnych startów i do tego, żeby zarażać naszą pasją coraz to nowych kolejnych pokręconych pozytywnych ludzi.

Mirmił – dzięki za ten zakład. Podziałał niczym „co, ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo!

Flekmus – te buty są świetne. Nr konta już mam, więc przelew niebawem wyślę.

#bojkotrail

Bieganie to nie tylko wynik

Tyle ciasta i ciastek na biegu to już dawno nie widziałem. Fajna impreza z dużym minusem – za daleko! Mówi Kamil z Mińska Mazowieckiego, który przyjechał do Mielca 300 km żeby przebiec pierwszy Półmaraton Love’Las

Półmaraton LoveLas w Mielcu to coś więcej niż tylko rozbieganie po lesie
To 21 kilometrów wietrzenia głowy, analizy i planów. To kolejny mały krok do dużego celu. To mój czas. Moja walka ze słabościami. Mój mały półprywatny świat.  – Edyta z Rzeszowa

Sobota, godzina 8:30, w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Mielcu przy ul. Królowej Jadwigi zwykle o tej porze jest spokojnie. Tym razem zaczyna się coś dziać. Ruch, podjeżdżają kolejne samochody. Zabiegani Mielec wywieszają swoje flagi. Czas oznaczyć i uruchomić biuro zawodów bo za chwilę zjadą się fascynacji biegania z całej Polski.

Skąd ten pomysł? Od wielu lat depczemy okoliczne ścieżki i jeździmy po całej Polsce i nie tylko i mamy porównanie. Wiemy, że nasze lokalne lasy nie odbiegają swoim pięknem od okolic Krynicy, Bieszczad. Tak, nie mamy gór, ale jest tu niesamowicie pięknie. Tym właśnie chcieliśmy się pochwalić. Już na początku roku przy planowaniu charytatywnego biegu na Górce Cyranowskiej zawodnicy chwalili nas za świetną organizację i za to, że w środku miasta zrobiliśmy bieg górski. Zmęczyli się mocno na trzech pętlach dwukilometrowej trasy. Było sporo zbiegów i podbiegów. Postanowiliśmy pokazać im, że tak naprawdę to jeszcze możemy im pokazać o wiele więcej.

9:00 biuro zawodów działa. Pierwsi zawodnicy już odbierają swoje numery startowe. Gorlice, Stalowa Wola, Żabno, Kraków, Dulcza, Dębica, Staszów. Mińsk Mazowiecki?? Masz tu kogoś z rodziny? Nie przyjechałem specjalnie… Są uśmiechnięte Asie z Lublina – poznaliśmy je na trasie Ultramaratonu Magurskiego. Rzeszów, Tarnobrzeg, Busko-Zdrój, Jasło, Krosno i szalone Kielce.

Rysiek, czytałem listę startową… Zdajesz sobie sprawę z tego, że zapisali się zwycięscy Biegu Rzeźnika – Łukasz Tracz i Paulina Wywłoka? Widziałem jeszcze kilki innych mocnych nazwisk. To MUSI być impreza którą zapamiętają i przyjadą do nas za rok – mówi Łukasz. To on wymyślił tę nazwę. Sam sporo biega tymi ścieżkami trenując do kolejnych startów w ultra maratonach kocha ten las. Ostatnio zaliczył 150 km biegnąc kultowy bieg Łemkowyna Ultra Trail.

10:00 Filip gdzie jest instrukcja do agregatu?? Trzeba dmuchać bramę i puścić muzykę. Ja jestem instrukcją – mówi Filip. Jedziemy! Wszystko chyba dobrze nam idzie prawda? Ciekawe co się „wysypie”. Przestań krakać, nie mam dzisiaj poczucia humoru i czasu na wpadki – mówi Ryszard.

Miasto od lasu oddziela obwodnica i to było wyzwanie, żeby o tej porze roku zrobić Półmaraton czyli trasę o długości ponad 21 km i jeszcze do tego odpowiednią bazę bo warunki mogą być różne. Może padać śnieg, może być deszczowo. Zawodnicy po pokonaniu trasy będą zmęczeni i rozgrzani. Pierwsi pokonają trasę w półtorej godziny, a ci co biegają „dokładnie” maja na to 200 minut. Trzeba ich z bazy zawieźć na start a potem sukcesywnie przewozić z mety do bazy gdzie bezpiecznie i niezależnie od warunków pogodowych będą mogli zaczekać na wyniki, dekorację oraz losowanie nagród. Oczywiście musi być posiłek regeneracyjny, napoje i inne smakołyki.

10:45 Odprawa – kilka słów o trasie od organizatora oraz o zasadach przebywania w lesie od szefa mieleckich lasów. Rozgrzewka przeprowadzona przez specjalistę z partnerskiego klubu fitness i końcowe odliczanie, 5, 4, 3, 2, 1, START… kilka miesięcy przygotowań do tego właśnie momentu. Kilka osób które dzień w dzień dokładały swoje pięć groszy aby ta chwila mogła nastąpić. Kilkadziesiąt osób, które w tym dniu pomagały, harcerze, ratownicy, leśnicy, partnerzy, sponsorzy…

Jedziemy na pierwszy punkt kontrolny. To 7 kilometr więc powinni być około 30 minut od startu. Kubeczki z wodą i izotonikiem gotowe, banany pokrojone, czekolada, daktyle też już czekają. Czołówka pojawia się na punkcie nieco wcześniej niż zakładaliśmy. Jacek Żądło ciśnie i przebiega z kilkoma zawodnikami przez punkt z czasem około 28 minut! Tuż za nimi Paulina – to ona w czerwcu ze swoim partnerem wygrali w parze MIX Bieg Rzeźnika. Oni są poważni i skupieni. Za nimi chwila spokoju a później kumulacja. Woda czy IZO? Szyszka!! Skąd oni znają to hasło. No dobrze, więc dostają to czego chcieli robią sobie z nami „selfiaka” i biegną dalej jeszcze bardziej uśmiechnięci. Na końcu zamykające stawkę zawodniczki z Zabiegani Mielec – finiszer to bardzo ważna funkcja. Teraz wiemy, że można sprzątać, składać punkt i wracać do bazy. Zawodnicy maja jeszcze jeden taki punkt na 15 kilometrze.

12:30 jest Jacek! Wpada na metę tuż przed trzema innymi zawodnikami. Różnice między nimi są sekundowe. Są niesamowici! Na mecie czeka medal, serniczek, ciasteczko i coś do picia. Wbiegają kolejni. Zatrzymują się na chwilę żeby kibicować pozostałym biegaczom. Autobus już czeka i za chwilę zawiezie ich do bazy na obiecany ciepły żurek.

14:00 na metę wbiegają finiszerki. Można składać bramę, która chciała się już złożyć godzinę wcześniej. Filip zastanawiałeś się co może się wysypać?… Benzyny w agregacie miało wystarczyć na sporo więcej czasu. Miało… Ale było wesoło, tylko trochę panów później ramiona bolały od podtrzymywania bramy zanim Jagoda przywiozła trochę paliwa.

Mamy już pełne wyniki. Elektroniczny pomiar czasu zabezpieczyli ludzie, którzy organizują Łemkowyna Ultra Trail. Usłyszeliśmy od nich kilka ciepłych słów o tym co zrobiliśmy organizując Półmaraton Love’Las. To dla nas bardzo ważne. Oni muszą opanować kilka tysięcy uczestników startujących z różnych miejsc na dystansach od 30 do 150 kilometrów.

– Rysiek gdzie jesteś? Czekają tu na Ciebie Już jadę. Trzeba było posprzątać po sobie w strefie startu.

Tuż przed 15:00. Trofea już czekają gotowe do przekazania. Na stołówce Ośrodka w którym zorganizowaliśmy bazę zawodów panuje świetna atmosfera. Cała sala uśmiechniętych biegaczy. Nie dadzą dojść mi do słowa – ale świetna impreza, jak to zrobiliście, że nawet pogoda Wam dopisała? Później Wam powiem jak to się robi, teraz czas nagrodzić najszybszych.

Nagrodziliśmy najszybszych zawodników w kategoriach OPEN kobiety i mężczyźni, ale dzięki wsparciu partnerów mogliśmy też wręczyć pamiątkowe statuetki w kategoriach wiekowych. Żeby być konsekwentnym w temacie Love’Las wprowadziliśmy specjalne nazwy kategorii. Podobno wstrzymaliśmy na pół dnia pracę Lasów Państwowych bo poprosiliśmy o konsultacje i pomysły na te nazwy. Dzięki temu nie było tak jak zwykle junior master senior. Kategorie wiekowe w Love’Las to: Mężczyźni: 16-35 Warchlak 36-49 Przelatek 50+ Odyniec Kobiety: 16-35 Łasica 36-49 Lisica 50+ Łania

Dzięki wszystkim partnerom mogliśmy też rozdać (po losowaniu) kilkadziesiąt różnych nagród. Za rok będzie ich więcej. Tak, za rok powtórzymy tę imprezę z niego większym rozmachem. Już zaczynamy nad nią pracować. Wstępna data już jest znana. Kilku szczęściarzy ma już nawet miejsce na liście startowej. Opuszczając bazę zawodów większość z zawodników podchodziła do nas i gratulując pomysłu oraz organizacji zapowiadała, że wpisali już w kalendarz to wydarzenie i przyjadą ze swoimi biegowymi znajomymi.

Uffff oby tylko pogoda dopisała. Resztą już zajmiemy się sami.

– dobry był ten żurek? Nawet nie miałem kiedy go spróbować…

Love’Las – fanty dla zawodników

Rebel Runners Club
Często z nimi biegamy, to świetna ekipa ludzi z pasją i bardzo dobrze wiedzą czego biegacze potrzebują, żeby było zabawniej i bardziej kolorowo. Rebel Runners Club – sklep dla biegaczy i producenci zabawnych koszulek dla biegaczy dorzucają się do puli fantów do rozlosowania po zakończeniu dekoracji tych najszybszych, ale to nie wszystko. Od niedzieli 19 listopada aż do 29 listopada (do godziny 23:59) dla Was promocja na wszystkie termoaktywne koszulki do biegania produkcji Rebel Runners Club! Aktywny jest kod rabatowy specjalnie z okazji Półmaratonu Love’Las. Jak się sprężycie z zamówieniem to zdążycie pobiec 25 listopada w koszulce od nich. KOD: LOVELASMIELEC odejmie 21% od ceny zamówionej koszulki Będziecie zadowoleni, zapraszamy tu:

Duathlon – wyniki

No i po imprezie. Szkoda, że deszcz nie wytrzymał ale i tak było super. Publikujemy wyniki. Szukajcie się i zapraszamy na kolejną edycję za rok a już niebawem półmaraton. Tym razem będzie samo bieganie, ale za to po lesie więc będzie pięknie. Dziękujemy za to że byliście.

Duathlon

Radio Rzeszów zostało partnerem 1. Mieleckiego Trail Duathlonu. Materiały dźwiękowe zapowiadające to co się wydarzy 3 września zostały już wyemitowane. Jak tylko je dopadniemy to opublikujemy dla tych co nie słyszeli 🙂

Duathlon – sponsorzy

Do grona firm wspierających organizację pierwszego mieleckiego duathlonu dołączyła firma Kronospan. Dzięki temu, do puli nagród dla najlepszych zawodników i zawodniczek możemy dorzucić nagrody finansowe.

  1. miejsce 300 zł
  2. miejsce 200 zł
  3. miejsce 100 zł